To będzie historia o pewnej drużynie.
Spójrzcie jak ta przygoda się dziwnie rozwinie.
Otóż ekipa ta sobie liczyła
Dwóch krasnoludów i w nich była siła,
Starego maga co był człowiekiem,
Co w siłę rósł równo z swym wiekiem.
Był też elf co łuk dzielnie dzierżył
W cel zawsze trafiał, wszędzie był pierwszy.
Często też bard z nimi wędrował,
Choć w czasie walki po krzakach się chował.
Byli szeroko znani w całym Santicu,
Bo przygód mieli na prawdę bez liku,
Ale bynajmniej nie z tego byli znani,
Raczej że zawsze chodzili piani.
Wiele razy widzieli ich ludzie,
Jak stali razem chyba o cudzie.
(choć sami twierdzą że wiatru to wina).
Znana im była każda melina,
Każda karczma i każda gospoda,
Tam też zaczyna się ich nowa przygoda.
Dzień nie zapowiadał nic ciekawego,
Siedzieli i pili nic w tym nowego.
Tak by im pewnie czas mijał miło,
Lecz nagle drzwi od gospody coś rozwaliło.
Strasznie huknęło, drzazgi leciały,
A w progu gospody stał człowiek mały.
Postać zgarbiona i nie pozorna
Twarz pomarszczona i wręcz pokorna.
Widać też było że ledwo stoi,
Że zaraz padnie i umrze powoli.
Lecz w tym kruchym starcu drzemie wielka siła
Nagle mgła gęsta izbę spowiła.
Począł człapać ten człowiek malutki,
(w garści trzymając cały litr wódki)
W stronę stolika naszej drużyny.
Gdy z bliska ujrzał przepite ich miny,
Wiedział już w tedy że trafił dobrze
I żaden z nich się wódce nie oprze.
Butle na stole głośno postawił,
Nabrał tchu w płuca i tak do nich prawił:
Zacni panowie pilna ma sprawa,
Mam dla was misje, to nie zabawa.
Jestem ja czarownikiem bardzo już starym,
Lubię tez tworzyć różne napary.
Właśnie nad jednym w sumie pracuję,
Lecz komponentu mi jednego brakuje.
Jajo feniksa to mianowicie,
Bo to eliksir na wieczne życie.
W tym precedensie wasza jest rola
Tylko odnaleźć tego potwora
Zwinąć mu jajo i po robocie
Za to nagrodę otrzymacie w zlocie
Naszej drużyny kamienne twarze
Znaczyły jasno że złoto w darze
Nie jest najlepszą zapłatą za pracę
To w takim razie wam w wódce zapłacę
Już jest ekipa nasza wesoła,
Nikt im humoru popsuć nie zdoła
Jako zaliczka ten litr napoju
Powiedział starzec i wyszedł w spokoju.
Fleaszke ekipa wnet wzięła w obroty
Jutro się wezmą do pilnej roboty.
Ale niestety chyba nic z tego
Bo kaca mieli masakrycznego.
Na szczęście krasnolud był na to gotowy
Za pasem piwo miał na ból głowy.
Z butli wypili każdy po łyku
Potem ruszyli w krzaki na siku.
Po odprawieniu owych czynności
Znaleźli kartkę wielkiej wartości.
Na tejże kartce było nabazgrane
Gdzie mogą znaleźć feniksa jamę.
Szybko już w ten czas w drogę ruszyli
Zgodnie z danymi im wytycznymi.
Każdy za pasem chował swój trunek,
Bo tylko on im zapewniał ratunek.
Kierunek marszu był wyznaczony
Zaszli tak w końcu aż w lasu strony.
Elf jako pierwszy wszedł tam w głąb lasu
bo był zwiadowcą od pewnego czasu.
Wyprzedził wszystkich stanął na chwile
I zrobił bardzo radosna minę.
Zza pasa wyjął butelkę wina
Że wypił wszystko nie jego wina.
Chciał w dalszą drogę szybko wyruszyć
Przebiegł pięć metrów i legł w leśnej głuszy.
Potknął się o wystający korzeń,
W kamień zarył głową. Nie mogło być gorzej.
Reszta ekipy dalej szła dzielnie
Nawet nie wiedząc że elf już nie biegnie.
W końcu dotarli do wielkiej jamy,
Gdzie widać było od szponów szramy.
Pewne już było gdzie mieszka ptaszysko,
Teraz wziąć jajo i to będzie wszystko.
Każdy swe gardło zwilżył porządnie
Każdy w skupieniu poprawił spodnie.
Wnet zatopili się w jaskini ciemnościach.
Szli chwile po suchych bielących się kościach.
Aż zobaczyli wielkie ptaszysko
Ptak ten swym pięknem prześcigał wszystko
Co każdy z nich w swym życiu już widział
A dużo widzieli pomimo picia.
Pod ptakiem gniazdo, a w gnieździe jajo,
Już są tak blisko prawie je mają.
Wtem krasnoludy tam z lewej flanki
Biegną gotowe już do rąbanki.
Z prawej zaś strony mag już czaruje
Bardzo potężną ognistą kulę.
I uderzyli z obydwu stron
Ptaka zaś spotkał niechybny zgon.
Podczas tej walki bard się gdzieś schował
Pół litra w krzakach sam rozpracował.
Po ptaku sam tylko popiół został,
A z tego popiołu nastę
Malutki feniks nagi i łysy
Lecz nie obchodzą drużynę popisy
Feniksa choć piękne były
Oczy się ich na jaju skupiły.
Mag wziął je w swoje stare ręce
Po czym nagle zasmucił się wielce.
Bo wszystkie starania ich szły na marno
Jajko ugotował im na twardo.








--
I hear it's amazing when the famous purple stuffed worm in flap-jaw space with the tuning fork does a raw blink on Hara-kiri Rock. I need scissors! 61!
--
If you can't convince them, confuse them.
--
If you can't convince them, confuse them.
Tak wieść niesie,
Że w mrocznym lesie,
Bardziej dokładnie
Na małym bagnie,
Pustelnik żyje
I bimber pije.
Przez całe życie pędził ten trunek.
Głowy nie zaprzątał mu żaden frasunek.
Napój był to wyborowy,
Od razu przyprawiał o zawrót głowy.
Był sporządzany z najwyższej jakości
Czarnych poziomek i mysich kości.
Do smaku dodawał też mandragory.
Dla zabarwienia brzozowej kory.
Widząc składniki już przyznać trzeba,
Że wznosił się po nim aż hen do nieba.
Już wiele razy leśne zwierzęta,
Widziały starca jak niczym zięba,
Unosi się ponad drzew wierzchołkami
Miło upojony magicznymi promilami.
Słów kilka o samym pustelniku.
Długo by mówić o rozpustniku.
Przez ojca swego Józefem został nazwany
Był z swym rodzicem mocno związany.
Lecz zanim 16 wiosen Józef ukończył
Rodziciel jego żywot zakończył.
Lecz ze starości nie pomarł bynajmniej
W bitce ubito go najzwyczajniej.
Józef obiecał że łotrów odnajdzie,
Co ojcu zadali cios nożem w gardziel.
Temat jest to naiwną historię
Na razie snuć można jeno teorię.
Dodam jedynie że w swych przygodach,
Józef zapomniał o życia wygodach.
Został z pod prawa wyjęty,
Przez cały świat szczerze przeklęty.
Przed społeczeństwem musiał uciekać,
Ze swej ojczyzn dawnej wyjechać.
Aż wreszcie osiadł gdzieś w leśnej głuszy
Teraz już nikt go stamtąd nie ruszy.
Tam się zestarzał, do zwierząt gada,
Już takie życie mu odpowiada.
A jednakowoż, pewnego dnia
Stała się straszna rzecz ta.
A mianowicie,
Chyba o świcie,
Do jego chaty
Przyszły trzy driady.
Skuszone opowieściami o alkoholu,
Chciały go wykraść i wypić na polu.
Każda po flaszce w kieszeń włożyła
I biegiem z chaty Józefa ruszyła.
Biegły tak długo aż dech im zaparło,
Ale niestety trud ten na marno.
Józef za nimi, hen tam wysoko,
Wytężył swoje sokole oko.
Wnet na nie z nieba zaczął pikować,
Driady po krzakach szybko się chować.
Ale w poś
I już w gąszcz lasu szybko skoczyły.
Pustelnik pozbierał wszystkie butelki
Szybko też zatarł ślad po sobie wszelki.
Szybko odzyskał co wcześniej zgubił,
Przed samym sobą się ciągle tym chlubi.
Previous PageNext Page